PEWNEGO RAZU W LISTOPADZIE

reżyseria: Andrzej Jakimowski

muzyka: Tomasz Gąssowski

gatunek: dramat obyczajowy

produkcja: Polska

Marek rozpoczyna studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Ma piękną i odwzajemniającą jego uczucie dziewczynę Olę. Na co dzień troskliwie opiekuję się matką, z którą mieszka w przedwojennej kamienicy. Gdy w wyniku eksmisji rodzina traci dach nad głową, rozpoczyna się wyczerpująca tułaczka po Warszawie – między jedną noclegownią a drugą. W końcu Markowi udaje się wynegocjować miejsce w skłocie w centrum miasta. Szczęście bohaterów nie trwa jednak długo, bo w stolicy właśnie zaczyna się manifestacja z okazji Święta Niepodległości 11 listopada. Do budynku, w którym znaleźli schronienie próbuje wedrzeć się grupa agresywnych chuliganów. Wydarzenia, jakie rozegrają się w murach skłotu odcisną piętno na życiu wszystkich bohaterów. (opis dystrybutora)

 

RECENZJA FILMU

MIEJCIE NADZIEJĘ NIE TĘ LICHĄ MARNĄ

PEWNEGO RAZU W LISTOPADZIE

Andrzej Jakimowski nie musiał przecież ryzykować. Dawno temu oswoił swoje poletko. Prowincjonalny bezczas, piękno i groza poranka, wieczorna nienachalność. "Zmruż oczy", "Sztuczki", "Imagine" to w pewnym sensie już klasyka polskiego kina. Jeden z krytyków starszego pokolenia powiedział mi po seansie "Pewnego razu w listopadzie": "Po co mu to było? Taki był poetycki, subtelny, a teraz tak szaro, tak brzydko". No właśnie, brzydko. To się rzuca od pierwszego spojrzenia, a nawet od pierwszego wciągnięcia powietrza. Chociaż kino nie pachnie, nowy film Jakimowskiego wydziela zapachy. Asfalt, pot ze squatu, nieprana od dawna wełniana czapka, śpiwór i milczenie. Mimo to, mój starszy kolega chyba się jednak pomylił. Jakimowski wcale tak bardzo się nie zmienił. Wciąż jest zmysłowy i poetycki. Tyle, że przester słoneczny zastąpiła warszawska maligna, a biały wiersz - frazowanie jak z Broniewskiego. Ale to ciągle ten sam reżyser, ta sama poezja.

"Pewnego razu w listopadzie" oddaje puls rzeczywistości - piszą recenzenci. Tak, ale na własnych, rzekłbym prywatnych prawach reżysera. Puls polskiej rzeczywistości wyłaniający się z tego filmu to jednak metafora, nie medialny szlam. Ani "Wiadomości", ani "Fakty". Andrzej Jakimowski w nowym filmie wyłuskuje drażliwe tematy codzienności - problem dzikiej reprywatyzacji, rewaloryzację pojęcia solidarności, nie po to jednak, żeby na tej matrycy budować film z tezą. Nie jest i nigdy nie będzie pokrętnym ideologiem w rodzaju Olivera Stone'a, nie ta wrażliwość. Reżysera interesuje fotografia rzeczywistości którą jest zatrważający obraz społecznej atrofii.

Moje pierwsze mniej więcej świadome lata to była komuna. Jestem może ostatnim pokoleniem które coś jeszcze pamięta z tamtych czasów. A jeżeli nawet nie zapamiętałem, to  doczytałem. U Tadeusza Konwickiego, Marka Nowakowskiego czy Janusza Głowackiego. "Polska - matecznik tolerancji" - pisał w "Kompleksie polskim" kpiąco i żarliwie (tak, ten sylogizm jest możliwy) Konwicki. Nikt tak świetnie jak on, może jeszcze poza Różewiczem, nie pokazał jałowego biegu "małej stabilizacji", zadowolenia ze skromnego status quo, a następnie buntu wobec tego śmierdzącego komforciku, niezgody na społeczną słabość. Jakimowski ze smutkiem, a czasami z gniewem, rejestruje  stan komforciku który dotyka nas również teraz, po trzydziestu latach. Prawie wszyscy są mniej więcej zadowoleni, nie zauważają zmniejszającego się z miesiąca na miesiąc marginesu dla ludzi buntujących się, albo zepchniętych do niszy towarów wybrakowanych, bezdomnych, śmierdzących. Lepiej nie widzieć, zamknąć oczy, przejść obok. "Zmruż oczy", słynny debiut Andrzeja Jakimowskiego, był filmem o tym, co umyka spojrzeniu: jak centrum znika pod ciężarem nachalności akapitów, wielokropka i wielosłowia. W "Pewnego razu w listopadzie", historia kilku dni z życia dwuosobowej rodziny, matki i syna, która w wyniku dzikiej reprywatyzacji traci dach nad głową, i razem z sympatycznym pieskiem, kundelkiem, tuła się od squatu do squatu, od noclegowni do pustostanu w ogródkach działkowych, żeby zaznać chociaż nocy względnego spokoju, tłumaczy się w kluczu obyczajowym jak i metanarracyjnym. 

Film Andrzeja Jakimowskiego jest oskarżeniem i ultimatum. Początek przemocy zaczyna się od odtrącenia tych, którzy mają gorzej, czują się źle, stają się przeszkodą dla uniformizacji średniej krajowej. I dlatego pewnym zgrzytem w filmie wydały mi się dokumentalne wstawki z 11 listopada 2013 r. w śródmieściu Warszawy. "Marsz Niepodległości od środka" - jak tłumaczył to reżyser. Ale te wstawki, same w sobie mocne i budzące przerażenie, rozbijają strukturę filmu na dwie warstwy. Pierwsza warstwa jest o rodzinie, czyli o Polsce wczoraj, druga o agresji, czyli o Polsce dzisiaj. Oglądając "Pewnego razu w listopadzie", patrząc na puste a tak pełne siły spojrzenie Grzegorza Palkowskiego (ujęło mnie, że wbrew stereotypom, Jakimowski czyni z głównego bohatera dobrego chłopca, zwracającego się do rodzica, per: "mamusiu") oraz spokój na dnie rozpaczy uwiarygodniony przez  pięknie wycofaną aktorsko - i przez to tak dotkliwą - Agatę Kuleszę, wolę myśleć o Grzegorzu Królikiewiczu, niż o Michaelu Moorze. W "Przypadku Pekosińskiego" Królikiewicza rodzina przybyszów z daleka (z Syrii?) znalazła schronienie u tytułowego, schorowanego, zapitego Bronka Pekosińskiego. W "Pewnego razu w listopadzie" to schronienie jest jeszcze możliwe. Zaniedbania państwa mogą niwelować ludzie. Wezwanie jak z wiersza Adama Asnyka: "Miejcie nadzieję nie tę lichą marną".

 źródło: Łukasz Maciejewski dla Onet.pl

 

 


Zwiastun filmu

Dane kontaktowe

ul. Wolności 2

63-400 Ostrów Wielkopolski

tel. 62 736 40 60

festiwalfilmowy@ockostrow.pl